Siłownia pełna, jak autobus w godzinach szczytu
Pierwszego stycznia, no może drugiego - pierwszego trzeba przecież odpocząć po Sylwestrze, Polacy masowo odkrywają mięśnie, o których istnieniu zapomnieli w okolicach liceum. Siłownia zaczyna przypominać centrum handlowe w sobotę przed świętami. Ludzie błąkają się między maszynami, robią zdjęcia, pytają „czy to wolne?” i z dumą noszą nowe stroje sportowe. Wiadomo - nowy rok, nowa/nowy ja. Porządny strój musi być. Atmosfera przypomina pierwsze dni szkoły: nowy strój, lekka niepewność i pytanie, czy ktoś patrzy. Wszyscy ćwiczą „na masę”, „na rzeźbę” albo „bo lekarz kazał”. W lutym zrobi się luźniej, a w marcu już z reguły wiadomo, że będzie trzeba zacząć „od poniedziałku”.
Dieta? Od jutra
Postanowienie „zdrowo się odżywiać” jest najbardziej uniwersalne. Rzucamy się na sałatki z zapałem godnym rewolucjonistów, by po kilku dniach z zawodem odkryć, że liść sałaty jednak nie daje takiej satysfakcji jak dobra pizza.
„Od nowego roku nie jem słodyczy” - mówimy z pełnym przekonaniem kończąc ostatni świąteczny kawałek sernika „żeby się nie zmarnował”. Styczeń przynosi kulinarną rewolucję: lodówki nagle zapełniają się jarmużem, nasionami chia, mlekiem migdałowym i innymi produktami, których przeznaczenie pozostaje tajemnicą. Kupujemy je z nadzieją, że sama obecność zdrowej żywności automatycznie poprawi nasze nawyki. Przez kilka dni dzielnie udajemy, że lubimy smoothie w dziarskim kolorze trawnika i że kiełki mogą zastąpić obiad. Potem zaczynają się wyjątki. „Przecież to tylko jedno ciastko”, „dzisiaj był ciężki dzień”, „od poniedziałku wracam na dietę” - powtarzamy, tworząc coraz bardziej kreatywne uzasadnienia. W efekcie jarmuż powoli więdnie na dnie lodówki, nasiona chia czekają na swój wielki moment, a my z ulgą wracamy do sprawdzonych, narodowych smaków, dochodząc do wniosku, że życie bez słodyczy i węglowodanów jest wprawdzie możliwe, ale zdecydowanie mniej przyjemne.
Oszczędzanie - narodowy sport ekstremalny
„W tym roku zacznę oszczędzać” - deklarujemy z powagą godną ministra finansów, najlepiej już 1 stycznia, kiedy konto bankowe wygląda jeszcze względnie przyzwoicie. Zakładamy specjalne konto oszczędnościowe, instalujemy aplikacje do kontrolowania wydatków i przez chwilę naprawdę wierzymy, że teraz wszystko będzie pod kontrolą. Przez pierwsze dni z dumą odmawiamy sobie drobnych przyjemności, czując się jak mistrzowie finansowej dyscypliny.
W tym czasie noworoczne wyprzedaże zaczynają kusić hasłami „ostatnia szansa” albo „tylko dzisiaj -70%”. Więc kupujemy „bo było taniej”, „bo to świetna okazja”, a przecież kupowanie na promocji to nie wydatek, tylko oszczędność. Potem dochodzą „nieprzewidziane wydatki”, które dziwnym trafem pojawiają się co roku, oraz drobne nagrody „za ciężki tydzień”. W efekcie pieniądze rozpływają się szybciej, niż zdążymy je odłożyć, ale spokojnie - plan oszczędzania wciąż obowiązuje. Tylko, że od przyszłego miesiąca. Ewentualnie od kolejnego roku.
Rozwój osobisty - wersja aspiracyjna
W styczniu Polacy są ekspertami od planowania rozwoju osobistego. Czytać więcej, znać trzy języki, medytować i wstawać o piątej rano. Media społecznościowe pękają w szwach od motywacyjnych cytatów, a każdy dzień zaczyna się z przekonaniem, że dziś na pewno się uda. Niestety, po całym dniu pracy i obowiązków rozwój osobisty często przegrywa z kanapą i krótką drzemką.
Luty - miesiąc prawdy
Luty jest bezlitosny. To wtedy wychodzi na jaw, które postanowienia miały sens, a które były tylko chwilowym przypływem entuzjazmu. Z siłowni znikają tłumy, dieta „przechodzi w tryb elastyczny”, a oszczędzanie zostaje przesunięte „na lepszy moment”. I choć mogłoby się wydawać, że to porażka, Polacy przyjmują ją z godnością. Nie chodzi przecież o to, żeby dotrwać do grudnia, tylko żeby mieć nadzieję. A nadzieja, jak wiadomo umiera ostatnia - zwykle gdzieś między trzecim a czwartym tygodniem stycznia. Choć u długodystansowców podobno nawet w połowie lutego. Ale nic się przecież nie stanie - ostatecznie zostajemy tylko z nową butelką z filtrem, karnetem na siłownię i aplikacją motywacyjną, której nie otwieramy. Nie szkodzi - grunt, że jest.
Styczeń to taki narodowy rytuał optymizmu. Może jednak to właśnie w tym tkwi urok postanowień noworocznych. Są jak obietnice składane samemu sobie - trochę na wyrost, ale zawsze z myślą: „A może tym razem się uda?”. A jeśli nie? Zawsze można zacząć jeszcze raz - najlepiej od poniedziałku.








Napisz komentarz
Komentarze